Fuerta mnie zmieniła. Na wyjazdach zmienia tez Was.

To, że Fuerta jest piękna i spokojna: wiadomo. To, że niewiele się na niej dzieje: też wiadomo. I pewnie dlatego za każdym razem, gdy wracam z niej do dużego miasta, dostaję palpitacji serca już na zwykłym przejściu dla pieszych.
Życie tutaj uczy mnie przede wszystkim prawdy, którą odkryłam też w dłuższych podróżach i podczas pobytu na Kostaryce: nie ma miejsc idealnych. Trawa zawsze jest bardziej zielona po drugiej stronie i zawsze będziemy za czymś tęsknić. Dlatego odwieczne, banalne stwierdzenie, żeby doceniać to, co się ma, jest absolutną prawdą.
Na Fuercie tęsknię głównie za rodziną i przyjaciółmi, których większość mam w Warszawie. Tęsknię za kulturą, dlatego kiedy latem jadę do Europy, nasycam się kinem, operą i wydarzeniami. Za jedzeniem? Szczerze, nie za bardzo. Umówmy się: mamy tu pyszności, jakich mało, z owocami morza, dobrą włoską kawą i brunchami na czele.
To, co mam na wyspie, jest jednak dla mnie bezcenne. Przywykłam do wszechobecności oceanu: zasypiam przy szumie fal za oknem, a w przerwie w pracy idę oczyścić się w słonych falach. Uśmiechnięci, niepędzący ludzie, mała wspólnota, tak, wszyscy się znają. Słońce przez cały rok, bo depresja zimowa na Fuerteventurze po prostu nie istnieje. Piasek pod stopami.

I wreszcie to, co słyszę od Was, kiedy przyjeżdżacie na retreat i nagle zaczynacie dobrze spać, spokojniej oddychać, uśmiechać się: ta wyspa to naturalne lekarstwo na gorączkę naszych czasów. Na pośpiech, nerwowość i przebodźcowanie. Wszyscy mamy wszystkiego za dużo. Fuerta daje przestrzeń i oddech. A przez to wolność.
Zawsze powtarzam: na tej wyspie czuję się bardziej sobą, bo mam przestrzeń, żeby być obecną. Żeby naprawdę siebie zobaczyć. Nie rozpraszam się w mieście, tłumie, hałasie. Po prostu jestem. I właśnie dlatego joga w takich okolicznościach robi w tydzień to, co w mieście zajęłoby o wiele więcej czasu. Dlatego mówicie mi, że przeżywacie głębokie procesy, podejmujecie po wyjazdach ważne decyzje, zmieniacie się.
