Jogowy weekend na Mazurach: dziewięć kilometrów od granicy i zupełna cisza
Są miejsca, do których trzeba lecieć samolotem. I są takie, do których się po prostu jedzie, a i tak czujesz, że wylądowałaś gdzie indziej.
Nasz pierwszy jogowy weekend na Mazurach był tym drugim rodzajem.
Gdzie byłyśmy
Dziewięć kilometrów od granicy z Kaliningradem. Naprawdę koniec świata, w najlepszym możliwym sensie. Wokół krowy, łąki, pola, bociany i wiejskie chatki. Nie ma tam czego zwiedzać i o to właśnie chodziło.
Najbardziej zapamiętałam ciszę. Nie taką, w której czegoś brakuje, tylko taką, która wszystko obejmuje. Po kilku godzinach człowiek zaczyna słyszeć własne myśli i to jest dokładnie ten moment, od którego zaczyna się praktyka.
Jak wyglądał dzień
Rano: praktyka na rozbudzenie
Zaczynałyśmy intensywnie. Praktyka, która budzi ciało i wzmacnia, żeby reszta dnia miała z czego czerpać.
Śniadanie i czas, którego nikt nie pilnował
Potem wspólne śniadanie. A po nim godziny, w których nic nie było zaplanowane. Kawka, herbata, rozmowy na pomoście albo w bibliotece. Dużo z tego, co najlepsze na wyjazdach, dzieje się właśnie w takich momentach.
Przed południem: warsztaty
Każdego dnia coś innego. Zajęcia wprowadzające do medytacji dla tych, które zaczynały od zera. Analiza pozycji stojących, żeby zrozumieć ciałem, a nie tylko powtórzyć za nauczycielką. Medytacyjny spacer w ciszy, mazurskimi drogami.
Obiad
Wegetariański, szykowany na świeżo przez Bazylego i Ignacego. Bez kompromisów i bez nudy.
Sobotnie popołudnie: uzdrowisko tylko dla nas
To był prawdziwy hit. Sauny, jacuzzi, base. Całe miejsce zarezerwowane wyłącznie dla naszej grupy, przez całe popołudnie. Bez obcych ludzi, bez pośpiechu, bez patrzenia na zegarek.
Wieczór
Kolacja znowu była ucztą, a na blacie w kuchni zawsze czekał deser. Potem rozmowy przy winylach, raz pod rozgwieżdżonym niebem, raz przy kominku.
Robiłyśmy też razem miodek. I podjadałyśmy go po drodze, co chyba było w tym najlepsze.
Co z tego zostało
Zapytana o najmocniejsze wspomnienie, nie wymieniłabym żadnej pozycji ani żadnego posiłku.
Została mi wdzięczność. Że mam wokół siebie taką ekipę. Tyle przyjaznych, wspaniałych kobiet, które wspierają mnie w tym, co robię, i które przyjeżdżają, żeby po prostu być razem. Że gdzieś orbitujemy wokół siebie i się nawzajem trzymamy.
To samo widzę na Fuerteventurze i w Marrakeszu. Kobiety przyjeżdżają same, a wyjeżdżają z przyjaciółkami. Na Mazurach było tak samo, tylko bez lotniska.
Czy będzie powtórka
Myślę o tym, żeby wrócić tam za rok.
Mazury mają jedną rzecz, której nie mają wyspy: dojedziesz tam samochodem albo pociągiem. Dla wielu z Was to różnica między "kiedyś" a "w tym roku".
Jeśli chcesz wiedzieć pierwsza, kiedy pojawi się termin, zapisz się na newsletter. Piszę tam o nowych terminach, zanim trafią na stronę.